Sylwester już za nami, większość zrobiła podsumowanie 2017 roku i nowe plany na 2018, u mnie idzie to dość opornie. Zdecydowanie liczę, że 2018 będzie lepszy niż 2017 – tylko u mnie był to tak trudny rok? Plany planami, a rzeczywistość i tak zrobiła swoje. Jak bardzo stanął on okoniem do moich celów (celi?) ?

Zeszły rok był totalnym rollercoasterem, jakbym wsiadła do wagonika bez hamulców i bez planu jazdy. Mimo to udało mi się zaliczyć kilka fajnych wydarzeń i emocji. Udało mi się także zrealizować kilka postanowień, choć i w tym roku naprzeciw realizacji ich w większości przypadków stanęłam sobie sama. Każdy z nas musi zmierzyć się z własnymi słabościami, a największym wrogiem „mogę i robię” jest nasz własny umysł, który nierzadko jest małym leniuchem, któremu nic się nie chce i nie widzi sensu w naszych działaniach i zrywach (póki sam dobrze nie skalkuluje, że mu się to opłaca). Niechciejstwo, niewiara, brak sensu i celu to coś co trzyma nas w naszych strefach komfortu, nawet jeśli z komfortem nie ma to nic wspólnego. My się czujemy źle, a umysł czuje się stabilnie, bo sytuację zna i wie czego się spodziewać.

Cele i ich realizacja

Rok 2017 zaczęłam listą postanowień, z których zamierzam się właśnie rozliczyć 😀 Można powiedzieć, że na starcie trochę zawaliłam, miałam wyeliminować słodycze, ale one dalej istnieją w mojej kuchennej rzeczywistości. Raz idzie mi lepiej, raz idzie mi gorzej jednak nie zapisywałam jak sobie radzę z nałogiem, także w tym roku zamierzam prowadzić tracker słodyczy i słonych przekąsek by mieć realny obraz problemu. A jest nim na pewno zajadanie stresu i nerwów. Mimo wszystko udało mi się w 2017 w miarę ustabilizować wagę i nie przytyć (do października redukcja szła bardzo powoli ale ładnie, niestety po operacji mięśnie zmieniłam w tłuszczyk – szczególnie 4głowy lewego uda), na szczęście waga waha się hormonalnie i zatrzymała się na 70-72 w miesiącu co jest 2-4 kg mniej niż w roku zeszłym. Zatem eliminacja słodyczy nie wyszła jak trzeba, jednak udało mi się wagę opanować. Jednak zasada ZERO TOLERANCJI sprawia tylko tyle, że mam ją serdecznie w dupie. Na ten rok mam lepszy pomysł, ale na to przyjdzie pora w poście o postanowieniach.

Kolejny punkt to dieta i sporty. I jak diety IF (a w zasadzie jej odmiany TRF – time restricted feeding) trzymam się już 11-12 miesięcy, tak ze sportami skończyło się już na początku roku, bo w okolicy marca/kwietnia. Kolejne, chyba już setne skręcenie kolana w życiu (które do operacji powtórzyło się jeszcze ze dwa razy) zniechęciło mnie do czegokolwiek. Kilka zrywów w roku plus rehabilitacja to niewiele. Jednak mogę zaliczyć sobie to zadanie w połowie. Znalazłam swój sposób odżywiania, wpadłam w regularność (choć można by nazwać to monotonią) śniadań – jajka, papryka, pomidory to stały element. Do tego dodaję wędliny, szczypior, warzywa, które jeszcze się nawiną i tak od prawie roku. Dzięki temu od śniadania mam pewność, ze zjadłam chociaż jeden pełnowartościowy posiłek. IF sprawił też, że nie rzucam się na jedzenie, nauczyłam się jeść powoli, co dla mnie jest ogromnym wyczynem. Nie doszłam w diecie do perfekcji, ale zmieniłam swoje odżywianie na takie, w którym czuję się dobrze i nie jestem osaczona posiłkami. Nauczyłam się także mniej więcej regularnych godzin posiłków, co także daje poczucie pozytywu zmiany w roku.

Wstawanie o godzinie 5-5:30. Do czasu, w którym pracowałam poza domem nie było problemu z tak wczesnym wstawaniem, także punkt mogę zaliczyć na plus. Odkąd siedzę i pracuję z domu godzina 8-9 jest dla mnie idealną. Być może popracuję nad tym, by wstawać godzinę wcześniej, ale póki co nie widzę takiej potrzeby, szczególnie, gdy mój ukochany Drwal szykuje się do pracy. Wstawanie w weekend 8-9 dzięki temu weszło mi naturalnie w krew. Zauważyłam także przez ten rok, że w zależności od zmęczenia dzień wcześniej najlepiej śpi mi się 6-9 godzin i tego się trzymam 🙂 Słuchanie swojego organizmu to kolejna rzecz, której umiejętność udało mi się pogłębić w ciągu roku.

Obiecałam sobie, że w 2017 będę więcej czytać i może nie była to ilość zawrotna, ale w porównaniu do zeszłego roku i tak jest to ilość imponująca 😛 Wstyd się przyznać, ale przeczytałam około 10 książek, w planie były jeszcze dwie jednak nadrabiam ilością artykułów naukowych. Lista rozszerzyła by się do 12, ale jedna książka jeszcze nie skończona, a druga leży i czeka na swoją kolej. Punkt zaliczony w połowie, bo bardzo nad tym pracowałam, by w tygodniu przeczytać chociaż 50 stron.

Zbieranie materiałów do licencjatu poszło wręcz idealnie, sama oraz z pomocą promotor mam (liczę, że tak jest) wystarczającą ilość materiału, by wysmażyć świetny tekst i wskoczyć w wakacje z wykształceniem wyższym. TOTALNIE NA PLUS

Kolejny na liście był kurs trenerski. W 2017 uzyskałam zawodowy tytuł instruktora kulturystyki, także znów połowicznie zaliczony punkt (choć można by go uznać i za 100%). Mam jeszcze do zrealizowania kurs trenera personalnego, jednak niestety już tylko hobbystycznie, ponieważ praca trenera z mojej wizji przyszłości została wykopana po operacji, gdy okazało się, że mam kości z plasteliny, a moje mięśnie mimo dbania o ich kondycję (rehabilitacja także przed operacją) zachowują się, jakbym nigdy nic nie ćwiczyła. Szkoda mi bardzo, świat mi się posypał, ale nie miałam wyjścia innego, jak zebrać się do kupy i jechać dalej. Na pewno jeszcze znajdę dla siebie miejsce w sporcie poza dietetyką. Może jakaś fizjoterapia za lat kilka?

Punkt nie zaliczony nawet w 1% to zdanie praktycznego egzaminu prawa jazdy. Tutaj los trochę mnie pokopał z nogą, a nie zamierzam jeździć automatem. Jak tylko będę mogła sprzęglić samochód, to wracam do tego tematu. Koniecznie.

Postanowienia noworoczne to nie tylko ograniczenia i wielkie, czy małe kroki w przód. To także okazja do sprawienia sobie przyjemności, zaplanowania czegoś fajnego i realizacja marzeń. Jednym z nich na 2017 był dla mnie wyjazd na weekend, gdziekolwiek. Ten punkt spełnion w procent 300% jak nie więcej. Udało mi się zaliczyć Kołobrzeg i Mazury weekendowo oraz wyjechać na pierwsze dorosłe wakacje bez rodziców, czy dziadków do Darłówka. Spodobało nam się tam tak bardzo, że i w tym roku prawdopodobnie tam osiądziemy. Gdyby nie mój Drwal prawdopodobnie siedziałabym na dupie dalej, nie mam głowy do takich planów. Na szczęście on ma 😀

2017 miał także nauczyć mnie systematyczności w prowadzeniu kalendarzy. Niestety nie poszło mi tak dobrze w ciągu roku jakbym chciała. Próbowałam wielu opcji, kalendarz online, miesięczniki, dzienna lista zadań, ale to wszystko po prostu się nie sprawdzało. Aż w październiku natrafiłam na bullet journal, którego personalizacja i brak ograniczeń okazały się strzałem w dziesiątkę. Zaczynam kolejny miesiąc i nie zanosi się na to, bym miała z tego zrezygnować. Dzięki BUJO (pieszczotliwa nazwa) zaczęłam realizować więcej zadań na dany dzień, planuję w przód, kontroluje wydatki i życiowe wydarzenia. Być może, któregoś dnia zrobię o tym systemie posta, ponieważ jestem przekonana, że to idealne rozwiązanie dla nadpobudliwych osób z deficytem uwagi i koncentracji, osób roztrzepanych i chcących mieć swoje życie we własnych rękach. Zaliczam to sobie w 1/3 bo przez cały rok nie poddałam tematu, tylko szukałam dla siebie idealnego rozwiązania. Z aplikacji, które mogę polecić – u mnie sprawdziły się w połowie to: wunderlist w wersji na telefon i na komputer oraz świetną aplikację wspomagającą efektywną pracę Brain Focus – 25 min pracy, 5 min przerwy i po 4 sekwencjach 20 minut przerwy. Nazywa się to techniką pomodoro, bo o ile mi wiadomo twórca tego efektywnego wykorzystania czasu wzorował się na timerze do gotowania podobnym do pomidora 😀

Czyli jednak nie było tak źle?

Tak patrząc w górę, mimo przeciwności losu podsumowanie 2017 nie wypada tak źle. Większość postanowień wypełniłam chociaż w połowie. Póki nie usiadłam pisać tego posta miałam wrażenie, że poprzedni rok był totalnie stracony i zawaliłam na całej linii, a gdy tak patrzę i widzę i widzę (chciałam tu wrzucić link do YT RRRrrrr! bo byłam pewna,, że to z niego cytat a tu proszę, chyba nie 🙁 a może Asterix i Obelix?) to dochodzę do wniosku, że mimo wszystko mogę być z siebie zadowolona. Nie ilość, a jakość i nie chwila, a wytrwanie się liczy. Jeszcze nie jestem w tym ekspertem, ale póki co wiem, że trzeba działać i się nie poddawać.

Rok 2017 obfitował w wydarzenia dobre i złe. Na pewno na plus mogę zaliczyć ponad rok praktyki dietetycznej, w czasie której nauczyłam się bardzo wiele. Miałam tez okazję wziąć udział w webinarach i jako słuchacz i jako uczestnik. Zaliczyłam II rok studiów i na III przygotowuję się do obrony. To był trudny, ale i dobry rok.

Przede mną jeszcze lista postanowień na 2k18. Mam już kilka zebranych, jednak postanowiłam sobie dać czas do końca stycznia w ich uszeregowaniu i utrzymaniu motywacji. Miesiąc mniej do działania to zdecydowanie lepiej, niż stracić motywację po miesiącu, bo stawia się sobie nierealne wymagania.

A jak u was? Plan spełniony na 2k17? Plan na obecny rok ustalony? A może w ogóle nie robicie postanowień na nowy rok?