Żaden ze mnie kosmetolog, raczej pasjonatka dbania o skórę, jednakże lubię dzielić się swoimi opiniami, dlatego mój blog jest tak mocno nieokreślony i czasem możecie trafić na wpis, który nie dotyczy żywienia. I z tegoż powodu poczytacie dzisiaj o serum Lanbena.

Swojego czasu odkryłam na aliexpress markę chińskich kosmetyków, której recenzje przewijały mi się od jakiegoś czasu w grupach na Facebooku i kojarzyłam je raczej pozytywnie. Wbrew temu, że lubię rutynę i nie bardzo jestem przekonana do nowych rzeczy – testowanie kosmetyków to dla mnie frajda, także do czasu, gdy odkryłam oddawanie ludziom rzeczy za darmo (np. tu – Uwaga, Śmieciarka jedzie!) miałam w domu kilogramy kosmetyków, które mi nie podeszły. Teraz pozwalam sobie na chomikowanie czegoś, do czego nie mogę się przekonać maksymalnie dwa miesiące – po tym czasie puszczam w świat. Serum Lanbena na szczęście nie trafiły do “śmieciarkowego pudełka”. Ale pokolei:

Algorytmy Ali podsunęły mi oficjalny sklep tej firmy i po zapoznaniu się z kilkoma opiniami stwierdziłam, że zapoznam się z kilkoma interesującymi produktami.

Na pierwszy rzut wybrałam 3 serum Lanbena do twarzy:
– ze złotem i kolagenem
– z witaminą C
– z wyciągiem ze ślimaka

Po kilku miesiącach używania i zamówienia kolejnych postanowiłam podzielić się swoją opinią na ich temat, bo uważam, że to ciekawy produkt w rozsądnej cenie, który zagrzeje miejsce w mojej szafce na dłużej. Pamiętajcie jednak, że jestem tylko amatorką kosmetyków i opisuję tutaj swoje doświadczenia i odczucia.

Dostawa i opakowanie

Serum Lanbena szły do mnie za każdym razem około 4 tygodni, zawsze wybierałam podstawową przesyłkę. Sera przyszły do mnie zapakowane fabrycznie w solidne kartonowe pudełka z naklejką-zdrapką z numerem, który pozwoli nam stwierdzić na stronie producenta oryginalność produktu. Kartoniki zapakowane są dodatkowo w folię. Nie powiem, w porównaniu z innymi markami z Chin, które zdarzało mi się zamówić Lanbena wygląda dość profesjonalnie.

Co tam w kartonikach?

Po rozpakowaniu, w kartoniku znajdujemy plastikową butelkę o pojemności 15 ml wyposażoną w pompkę oraz zakraplacz, którego pojemności niestety nie znam. Buteleczki są proste, zgodnie z obowiązującymi chyba aktualnie standardami, mi kojarzą się z farmaceutykami. Kropelkowanie produktu to prawie jak zabawy z alchemią 😉

Wszystkie trzy mają wodnistą konsystencję, dobrze i szybko się wchłaniają. Dobrze komponują się z kremami i podkładami. Wszystkie mają zbliżony zapach, różnią się delikatnie nutami, jednakże zapach ten mocno przypomina mi leki recepturowe z apteki. Ja takie zapachy lubię, jednakże wiem, że sporo osób woli aromatyczne kosmetyki. Po nałożeniu i wchłonięciu na skórę zapach serum Lanbena szybko znika.

Skąd zamówić?

Swoje zestawy zamawiałam z dwóch linków
Link nr 1: 2,54-6-71$ KLIK
Link nr 2: 2,7-7.24$ KLIK
oraz podaję link do serum z oficjalnego sklepu Lanbena: 2,79-3.08$ KLIK

W oficjalnym sklepie można zakupić jeszcze dwa sera – jagodowe oraz serum na powiększone/poszerzone pory. Nie korzystałam z żadnego z nich, dlatego pozwolę sobie ominąć ich recenzję.

Serum ZE ZŁOTEM:

Mój numer jeden, faworyt, pieszczoszek, cudo. Napina, ujędrnia, wydaje mi się też, że lekko unosi i rozświetla twarz oraz dekolt. Używam go, gdy moja skóra wydaje się być wyjątkowo zmęczona, ciężka, wisząca i bez siły. Z szarej maski zmienia skórę w zdrową i lśniącą.

Według opisu na butelce oraz opakowaniu serum to zawiera w sobie 6 peptydów (których rolą prawdopodobnie jest odbudowa skóry, choć nie jestem pewna, czy to nie działa tylko zewnętrznie ze względu na rozmiar cząsteczek, które mogą przenikać przez skórę). Poza tym, jak każde serum z zestawu, w składzie ma kwas hialuronowy. W butelce tego wspaniałego produktu znajdziemy także kolagen i podejrzewam, że cuda, które robi ze skórą to właśnie zasługa tego ostatniego składnika.

Producent twierdzi, że produkt powinien zapobiegać zmarszczkom, redukować drobne linie, napinać skórę, dodatkowo podnosić ją oraz nawilżać. No i oczywiście opóźniać procesu starzenia. I moim zdaniem spełnia swoje zadanie wzorowo! Co tam robią płatki ze złota – nie wiem. Ale wyglądają “bogato” także każdy z nas może poczuć się “jakby luksusowo” 😉

Serum z witaminą C:

Mój lek na szarą skórę z przebarwieniami i przeciążonymi, ale jeszcze nie popękanymi naczynkami. Po ciężkiej nocy, po imprezie, po ciężkiej masce oczyszczającej, po przespanym makijażu, po wszystkim czego żałujemy, że zafundowaliśmy skórze twarzy i dekoltu.

Butelka tego serum Lanbena zawiera poza (oczywiście) kwasem hialuronowym także 20% stężenie witaminy C, która będąc antyoksydantem działa zarówno rozjaśniająco, przeciwstarzeniowo, jak i regeneracyjnie na skórę.

Producent zapewnia efekt wybielenia zarówno skóry jak i pieprzyków (piegów), rozjaśnienie i nawilżenie skóry a także usunięcie plam ze skóry. Jak nie jestem wam w stanie potwierdzić permanentnego rozświetlenia – toć jestem biała jak ściana, tak zdecydowanie potwierdzam właściwości poprawiające koloryt skóry instant. Chcesz ukryć mellon przez dietetykiem na kontroli? Uda Ci się chociaż twarzą 😉

Serum z kwasem hialuronowym:

Mój “codziennik”, gdy skóra nie ma specjalnych wymagań i wystarczy jej tylko troskliwa codzienna pielęgnacja w formie nawilżenia i odżywienia.

Poza tym, że mój codziennik to także mój fobiozwalczacz. 😉 Moją fobią są ślimaki, a ten konkretny produkt zawiera w sobie wyciąg z jednego, albo całej rzeszy ślimaków. Początki nie były łatwe, psychika robi swoje, jednakże w tej chwili używam także kremu do twarzy i do oczu z serum ze ślimaka, także powiedzmy – nie dotknę tego zwierzaczka, ale na mordeczkę nałożę, a co 😉

Ślimakowe serum Lanbena ma podnosić, nawilżać, ujędrniać i odmładzać skórę i szczerze mówiąc nie jestem przekonana, czy efekt tego właśnie produktu jest spektakularny, jednakże skóra czuje się po nim dobrze odżywiona. Ujędrnienia i specjalnego napięcia (w porównaniu z serum Lanbena ze złotem) nie uraczyłam, jednak odżywienie i przygotowanie do kolejnych warstw kosmetyków jest wystarczające. Na co dzień ideolo.

Kiedy używam serum Lanbena?

Serum Lanbena używam w codziennej porannej pielęgnacji i czasem (ale póki co bardzo bardzo rzadko) w wieczornej. Nakładam je na twarz między tonerem, a kremem lub podkładem. Czasem zdarzy się także, że nie użyję potem serum już żadnego produktu.

Czasem rozsmarowuję na chama, czasem wklepuję palcami, czasem wmasowuję wałkiem jadeitowym. Na raz zużywam pompkę do dwóch produktu, w zależności od tego jak szybko skóra go wypije. A uwierzcie, że potrafi w kilka sekund, gdy jest wymagająca i zmęczona.

Składy:

Nie będę się tutaj mądrzyć, bo nie posiadam wiedzy pozwalającej mi na analizę składu, jednakże zostawiam je wam, byście sami mogli określić z czym macie do czynienia i czy chcecie nakładać to na własną twarz. Przy okazji warto zwrócić uwagę na to, ze produkt zapakowany jest naprawdę profesjonalnie, kod zdrapać można dopiero po zerwaniu folii zabezpieczającej, a opisy po angielsku zdecydowanie ułatwiają zapoznanie z serum Lanbena, choć ten angielski czasem jest dość łamany.

Bezpieczeństwo przede wszytskim

Zanim w ogóle nałożyłam serum Lanbena na twarz wypróbowałam je na swojej skórze nadgarstka i za uchem, by mieć pewność, że mnie nie uczulą i to wam, jeśli zdecydujecie się na zakup, także polecam. Lepiej wyrzucić 30 złotych do śmietnika, niż wydać 300 na leczenie skóry.

Wasze opinie?

Ciekawa jestem, czy poza mną marka ma jeszcze innych fanów w Polsce, czy ktoś z was korzysta z serum Lanbena, czy się sprawdzają? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!